O Muzeum Antropologii będzie krótko, mimo że jest jednym z ciekawszych jakie widziałem i można tam spędzić ogrom czasu.
Jest podzielone na okresy historyczne i regiony,zatem już po kilku godzinach można zapoznać się z poszczególnymi grupami panującymi w Meksyku, poznać różnice, inne budowle oraz ich sztukę. Jest mnóstwo eksponatów,rekonstrukcji, modelów piramid, a nawet indiańskich chatek.
Myślę,że nawet osoby,które z reguły unikają muzeów powinny wyjść zadowolone.
poniedziałek, 5 września 2011
niedziela, 4 września 2011
Indie
Nowy rozdział szlajania. Nie napiszę życia bo raz,że to raptem miesiąc, a dwa,że brzmi to...jakoś wyniośle,sztucznie.
To może po kolei.
Indie jak z resztą masa innych punktów na mapie kołaczą się po głowie i czekają na swój czas. Koncepcją nową nie są, już o nich kiedyś myślałem.
Przygodę z Meksykiem kończę pod koniec tego roku. Wracam do Polski.
Rowerem nie będę jeździł rok. Baaardzo długo, za długo. Ze względu na różne czynniki wszelakiego rodzaju i pokroju maszyny brak, siedzi jedna i druga w domu w Lublinie.
Trochę grosza w kieszeni będzie, zaległości nadrobić zwyczajnie trzeba. Prawdziwy wyjazd rowerowy byłby miłym wynagrodzeniem 12stomiesięcznej posuchy.
Mapa przed nosem. W głowie styczeń, czyli zima, trzeba jechać gdzieś na południe. A gdzie tu kiedy u nas zima ciepło mają?
Turcja? Jej południe by było niezłą opcją,ale niedawno stamtąd wróciłem. Wrócę chętnie,ale jeszcze nie teraz.
Grecja? Wydawałaby się ciekawa,ale po szybkim przeglądaniu stron wynikło,że to akurat najbardziej deszczowy okres roku.
Może Maroko? Kilka relacji czytałem, luźne plany w połączeniu z Hiszpanią snułem. Brzmi idealnie. I też takie jest. Wprawdzie samo bo w Europie wtedy chłodno i mokro,ale za to blisko,tanio zarówno dojazd jak i życie na miejscu.
Powoli powstawał zarys trasy, zaokrąglony budżet, nawet kupiłem ku temu Softshella,szukałem połączeń.
Miałem jechać do Maroka. 3ci tydzień stycznia na -+ miesiąc kiedy tu nagle ni stąd ni zowąd pojawiła się wyjątkowo kusząca oferta lotu z Europy do Indii ( forum fly4free.pl)
Już wcześniej tam zaglądałem szukając tanich połączeń to Azji ( Bangkok) oraz Indii. Ceny biletów były raczej drogie, do tego trzeba było wyglądać promocji, Maroko wydawało się dużo realniejsze.
Jednak nie. 995pln za dwie strony to naprawdę tanio ( w tym niemal 10% zbójnicka prowizja esky.pl za bilet) i po 2h godzinach szukania, czytania i wahania wybrałem jeden z terminów podanych na forum i chwilę potem kupiłem lot.
Przyznam się bez bicia,że cały zakup był robiony w amoku. Nawet nie wiedziałem,że do Indii jest wymagana wiza i teraz czeka mnie wizyta w Ambasadzie Polski w DF,żeby wyrobić nowy paszport bo wymagany jest minimalny roczny okres ważności,ale po kilku telefonach wygląda na to,iż powinno pójść gładko. Samą wizę załatwić mogę już Polsce.
Dochodzą szczepienia,które nie są wymagane, aczkolwiek wolałbym chociaż niektóre z nich mieć, zwłaszcza,że przydadzą mi się na przyszłość. Tutaj znowu promyk nadzieji, bo podobno w Meksyku większość szczepionek jest darmowa, tylko ludność niezbyt chętnie się po nie zgłasza. Wszystko będę wiedział na początku następnego tygodnia po wizycie w Centro de Vacunas w Tuxtli :)
I ostatnia w sumie najistotniejsza sprawa. Rower!
Przecież to miał być typowy wyjazd sakwiarski!! Pewna doza niepokoju pozostaje mimo,że główny bagaż nie ma ograniczonych wymiarów i mogę załadować w niego 28kg + 6kg podręcznego co jest całkiem wykonalne. Niepokoi mnie za to brak możliwości obniżenia siodełka, po tym jak sztyca pod siodełkiem się zapiekła i nawet serwisanci załamali nad nią ręce. Dlaczego? Bo muszę się dostać do Brukseli to raz. A dwa,że siodełko jest wysoko i może przysporzyć trochę zachodu.
Zawszę mogę zmienić ramę i przerzucić całą resztę, no i ostateczności pojadę "tylko" z plecakiem.. Czego szczerze powiedziawszy wolałbym uniknąć bo właśnie sakwy to ten jedyny i prawdziwie prawdziwy;p sposób podróżowania.
Tak czy siak będzie świetnie. W końcu to Indie, a przy wyjeździe plecakowym jest spore prawdopodobieństwo poznania ludzi, może nawet pałętania się w grupie.
Się zobaczy. Czasu trochę jeszcze jest:)
Wylot 20.01.2012 z Brukseli do Bombaju. Powrót 20.02.2012 do Berlina.
A jeden miesiąc w Polsce to w sumie akurat,żeby z każdym piwo wypić i O Meksyku poopowiadać:>
To może po kolei.
Indie jak z resztą masa innych punktów na mapie kołaczą się po głowie i czekają na swój czas. Koncepcją nową nie są, już o nich kiedyś myślałem.
Przygodę z Meksykiem kończę pod koniec tego roku. Wracam do Polski.
Rowerem nie będę jeździł rok. Baaardzo długo, za długo. Ze względu na różne czynniki wszelakiego rodzaju i pokroju maszyny brak, siedzi jedna i druga w domu w Lublinie.
Trochę grosza w kieszeni będzie, zaległości nadrobić zwyczajnie trzeba. Prawdziwy wyjazd rowerowy byłby miłym wynagrodzeniem 12stomiesięcznej posuchy.
Mapa przed nosem. W głowie styczeń, czyli zima, trzeba jechać gdzieś na południe. A gdzie tu kiedy u nas zima ciepło mają?
Turcja? Jej południe by było niezłą opcją,ale niedawno stamtąd wróciłem. Wrócę chętnie,ale jeszcze nie teraz.
Grecja? Wydawałaby się ciekawa,ale po szybkim przeglądaniu stron wynikło,że to akurat najbardziej deszczowy okres roku.
Może Maroko? Kilka relacji czytałem, luźne plany w połączeniu z Hiszpanią snułem. Brzmi idealnie. I też takie jest. Wprawdzie samo bo w Europie wtedy chłodno i mokro,ale za to blisko,tanio zarówno dojazd jak i życie na miejscu.
Powoli powstawał zarys trasy, zaokrąglony budżet, nawet kupiłem ku temu Softshella,szukałem połączeń.
Miałem jechać do Maroka. 3ci tydzień stycznia na -+ miesiąc kiedy tu nagle ni stąd ni zowąd pojawiła się wyjątkowo kusząca oferta lotu z Europy do Indii ( forum fly4free.pl)
Już wcześniej tam zaglądałem szukając tanich połączeń to Azji ( Bangkok) oraz Indii. Ceny biletów były raczej drogie, do tego trzeba było wyglądać promocji, Maroko wydawało się dużo realniejsze.
Jednak nie. 995pln za dwie strony to naprawdę tanio ( w tym niemal 10% zbójnicka prowizja esky.pl za bilet) i po 2h godzinach szukania, czytania i wahania wybrałem jeden z terminów podanych na forum i chwilę potem kupiłem lot.
Przyznam się bez bicia,że cały zakup był robiony w amoku. Nawet nie wiedziałem,że do Indii jest wymagana wiza i teraz czeka mnie wizyta w Ambasadzie Polski w DF,żeby wyrobić nowy paszport bo wymagany jest minimalny roczny okres ważności,ale po kilku telefonach wygląda na to,iż powinno pójść gładko. Samą wizę załatwić mogę już Polsce.
Dochodzą szczepienia,które nie są wymagane, aczkolwiek wolałbym chociaż niektóre z nich mieć, zwłaszcza,że przydadzą mi się na przyszłość. Tutaj znowu promyk nadzieji, bo podobno w Meksyku większość szczepionek jest darmowa, tylko ludność niezbyt chętnie się po nie zgłasza. Wszystko będę wiedział na początku następnego tygodnia po wizycie w Centro de Vacunas w Tuxtli :)
I ostatnia w sumie najistotniejsza sprawa. Rower!
Przecież to miał być typowy wyjazd sakwiarski!! Pewna doza niepokoju pozostaje mimo,że główny bagaż nie ma ograniczonych wymiarów i mogę załadować w niego 28kg + 6kg podręcznego co jest całkiem wykonalne. Niepokoi mnie za to brak możliwości obniżenia siodełka, po tym jak sztyca pod siodełkiem się zapiekła i nawet serwisanci załamali nad nią ręce. Dlaczego? Bo muszę się dostać do Brukseli to raz. A dwa,że siodełko jest wysoko i może przysporzyć trochę zachodu.
Zawszę mogę zmienić ramę i przerzucić całą resztę, no i ostateczności pojadę "tylko" z plecakiem.. Czego szczerze powiedziawszy wolałbym uniknąć bo właśnie sakwy to ten jedyny i prawdziwie prawdziwy;p sposób podróżowania.
Tak czy siak będzie świetnie. W końcu to Indie, a przy wyjeździe plecakowym jest spore prawdopodobieństwo poznania ludzi, może nawet pałętania się w grupie.
Się zobaczy. Czasu trochę jeszcze jest:)
Wylot 20.01.2012 z Brukseli do Bombaju. Powrót 20.02.2012 do Berlina.
A jeden miesiąc w Polsce to w sumie akurat,żeby z każdym piwo wypić i O Meksyku poopowiadać:>
Perspektywa się zmienia
Już nikt mnie nie chce zabić. Nie rozpatruję siebie jako pieszego w kategoriach rozjechanych winniczków. Kierowcy jeżdżą tak samo jak wcześniej,ani lepiej, ani gorzej. Niczego nie zrewolucjonizowałem, nic nie zmieniłem, nikt z lokalnych posiadaczy 4 kółek moimi żalami się nie przejął, no bo niby jak też miał o nich się dowiedzieć.
Po pewnym czasie, człowiek się przyzwyczaja, może obojętnieje, na to co wcześniej tak bardzo drażniło i zachodziło za skórę. Taksówka za każdym razem gdy idę do pracy, lub idę sobie gdziekolwiek ( bo tak właśnie bywa bez samochodu,że człowiek sobie zwyczajnie idzie, noga za nogą,a pewnie nawet jakbym go miał to te 14 minut do szkoły piechotą wydaję się bardzo rozsądnym rozwiązaniem) trąbi i to kilkukrotnie. Przy okazji mruga światłami i podnosi do góry wskazujący palec. Już tego nie widzę, nie podnoszę głowy, sobie idę. Nie denerwuję się,mimo że dalej takie trąbienie na bogu winnego Polaczka irytuje i zakłóca spokój, nie żaden wewnętrzny spokój umysły tylko po prostu klakson to hałas i do tego z mocno agresywnym wydźwiękiem, przynajmniej dla mnie.
Może to kwestia upałów, które już mijają i nie męczą. Może to już upływ dni zrobił swoje na danym lądzie, w danym środowisku.
Mniej rzeczy dziwi, więcej się rozumie, nieco zaznajomiłem się z kulturą. Zawsze,ale to zawsze będąc w innym kraju, porównuje się lokalne zwyczaje, zachowania do tego co polskie( w moim przypadku) do tego co znane i własne. Niemożliwością jest odnieść się do "inności" w sposób zupełnie neutralny, zwłaszcza gdy coś draźni, razi, męczy czy denerwuje. Im więcej się świata widzi tym więcej punktów widzenia danego aspektu w głowie powstaje. Czasem pomaga zrozumieć, czasem pomaga myśleć nieco innym tokiem, sposobem, innymi kryteriami. Najważniejsze,żeby nie kwalifikować na gorsze czy lepsze. Bo u nas robimy inaczej i jeseśmy przyzwyczajeni do innych zwyczajów nie znaczy,że inne są gorsze. Rzecz oczywista, jednak się o tym zapomina.
Zastanawiam się nad niektórymi głupotami, które były w stanie szargać mi nerwy i czasem się dziwie. Na co to? Po co to? Jednak w tym tkwi swego rodzaju urok poznawania, przebywania gdzie indziej. Na szczęście w większości przypadków jest ciekawie, pozytywnie, owa nieznajomość obcej kultury przyciąga, wciąga i uzależnia. Na szczęście rzeczy które męczą, z którymi nie mogę się zgodzić schodzą na inny plan. Meksykanie z takich czy innych powodów nie podróżują i nie poznają swojego kraju. ( Uogólniając) nie mają pragnienia pchania się w inne części globu jak rosnąca ilość Polaków czy wiecznych podróżników Kanadyjczyków, Francuzów, Holendrów..
No i dobra. Ich strata. Nie wiedzą co tracą i co ich własny kraj ma do zaoferowania. Nie pozostaje mi nic innego jak uszanować i im przytaknąć. Tym razem beż żadnych złośliwości.
Takich przykładów mam więcej,ale nie w tym rzecz. Naszła refleksja, przelałem ją na klawiaturę. Obawiam się tylko,że znowu napisałem posta tylko dla siebie:)
Po pewnym czasie, człowiek się przyzwyczaja, może obojętnieje, na to co wcześniej tak bardzo drażniło i zachodziło za skórę. Taksówka za każdym razem gdy idę do pracy, lub idę sobie gdziekolwiek ( bo tak właśnie bywa bez samochodu,że człowiek sobie zwyczajnie idzie, noga za nogą,a pewnie nawet jakbym go miał to te 14 minut do szkoły piechotą wydaję się bardzo rozsądnym rozwiązaniem) trąbi i to kilkukrotnie. Przy okazji mruga światłami i podnosi do góry wskazujący palec. Już tego nie widzę, nie podnoszę głowy, sobie idę. Nie denerwuję się,mimo że dalej takie trąbienie na bogu winnego Polaczka irytuje i zakłóca spokój, nie żaden wewnętrzny spokój umysły tylko po prostu klakson to hałas i do tego z mocno agresywnym wydźwiękiem, przynajmniej dla mnie.
Może to kwestia upałów, które już mijają i nie męczą. Może to już upływ dni zrobił swoje na danym lądzie, w danym środowisku.
Mniej rzeczy dziwi, więcej się rozumie, nieco zaznajomiłem się z kulturą. Zawsze,ale to zawsze będąc w innym kraju, porównuje się lokalne zwyczaje, zachowania do tego co polskie( w moim przypadku) do tego co znane i własne. Niemożliwością jest odnieść się do "inności" w sposób zupełnie neutralny, zwłaszcza gdy coś draźni, razi, męczy czy denerwuje. Im więcej się świata widzi tym więcej punktów widzenia danego aspektu w głowie powstaje. Czasem pomaga zrozumieć, czasem pomaga myśleć nieco innym tokiem, sposobem, innymi kryteriami. Najważniejsze,żeby nie kwalifikować na gorsze czy lepsze. Bo u nas robimy inaczej i jeseśmy przyzwyczajeni do innych zwyczajów nie znaczy,że inne są gorsze. Rzecz oczywista, jednak się o tym zapomina.
Zastanawiam się nad niektórymi głupotami, które były w stanie szargać mi nerwy i czasem się dziwie. Na co to? Po co to? Jednak w tym tkwi swego rodzaju urok poznawania, przebywania gdzie indziej. Na szczęście w większości przypadków jest ciekawie, pozytywnie, owa nieznajomość obcej kultury przyciąga, wciąga i uzależnia. Na szczęście rzeczy które męczą, z którymi nie mogę się zgodzić schodzą na inny plan. Meksykanie z takich czy innych powodów nie podróżują i nie poznają swojego kraju. ( Uogólniając) nie mają pragnienia pchania się w inne części globu jak rosnąca ilość Polaków czy wiecznych podróżników Kanadyjczyków, Francuzów, Holendrów..
No i dobra. Ich strata. Nie wiedzą co tracą i co ich własny kraj ma do zaoferowania. Nie pozostaje mi nic innego jak uszanować i im przytaknąć. Tym razem beż żadnych złośliwości.
Takich przykładów mam więcej,ale nie w tym rzecz. Naszła refleksja, przelałem ją na klawiaturę. Obawiam się tylko,że znowu napisałem posta tylko dla siebie:)
czwartek, 1 września 2011
Wakacyjne retrospekcje- DF dzień numer 2 Tetihuacan oraz Sanktuarium ( Maryji z Guadalupe)
Drugiego dnia co? Piramidy!
I to nie byle jakie bo jedne z najtłumniej odwiedzanych w całym Meksyku. O dziwo, ludzi nie było niesamowicie wiele,jednak jako że nie mogliśmy odwiedzić ich sami wyruszyliśmy nieco później;)
I co?
Są ogromne, wręcz niebotyczne, do tego otoczone pasmami gór i wszystkie budynki stanowią dobrze zachowany zgrany kompleks. Zapierają dech w piersiach? Szczerze to
nie. Aztekowie byli okrutnymi wojownikami i zasłynęli z podboju innych plemion jednak widać,że architekci z nich mało wybitni. Największa piramida słońca pnie się dziesiątkami metrów ku niebu i jest gigantyczna. Dosłownie. Tylko...odniosłem wrażenie,że to tylko góra kamieni. Wprawdzie jest prowadzący do niej podziemny tunel i kiedyś wyglądała inaczej,ale niestety wrażenie robi "tylko" jej rozmiar. Zanim spadną na mnie ogromy,lepiej od razu napiszę,że ich odwiedzenie to niesamowite przeżycie i bardzo się cieszę,że je odwiedziłem. Sęk w tym,że Meksyk ma piramid więcej, duużo więcej. I te które można poznać na południu, ukryte w dżungli, zarośnięte, czasem nie do końca odkopane, z rzeźbami, komnatami, zdobieniami i wymyślnymi dachami biją te Tetihuacańskie na głowę. O! :)
To,że nie opadła mi szczęka nie oznacza wcale,że nie było co oglądać. Jedna z piramid,która została zrekonstruowana i można ją zobaczyć w Muzeum Archeologii ( o tym później)to cudeńko,a i sam widok z samego końca na otaczające konstrukcje dalej siedzi mi w głowie.
Największa.
Z pogruchotonaym sercem nie wolno!
Ślicznotka (te łby jaguara....)
Piknik
Komplet
Po piramidach nastał czas na sanktuarium. Trochę żałuję,że nie spędziliśmy w nim więcej czasu bo jeżeli samo objawienie jest dla mnie zajściem trzeciorzędnym to sama katedra prezentuje się zacnie zarówno z zewnątrz jak i wewnątrz. Co ciekawe tuż obok niej Meksykanie wybudowali potworka i to strasznie szpetnego. Sanktuarium, gdzie znajduję się Maryja wygląda jak katowicki spodek i jest równie brzydkie. W środku jest trochę lepiej, jednak najchętniej to bym je zburzył i zostawił dawny klasyczny kościół z krzywą podłogą, ołtarzem i wielkimi obrazami i przede wszystkim klimatem!.
Sanktuarium wersja klasyczna
Potworek
Bardzo interesujący jest sposób oglądania Maryji. Pewności nie mam,ale wydaje mi się, że przesuwająca się taśma jak na lotniskach ma służyć zwiększeniu przepustowości i eliminować korki. Pomysł niezły, tylko trzeba uważać na samym końcu,żeby się nie zagapić i nie przewrócić.
Lupita
oraz suwnica:)
I to nie byle jakie bo jedne z najtłumniej odwiedzanych w całym Meksyku. O dziwo, ludzi nie było niesamowicie wiele,jednak jako że nie mogliśmy odwiedzić ich sami wyruszyliśmy nieco później;)
I co?
Są ogromne, wręcz niebotyczne, do tego otoczone pasmami gór i wszystkie budynki stanowią dobrze zachowany zgrany kompleks. Zapierają dech w piersiach? Szczerze to
nie. Aztekowie byli okrutnymi wojownikami i zasłynęli z podboju innych plemion jednak widać,że architekci z nich mało wybitni. Największa piramida słońca pnie się dziesiątkami metrów ku niebu i jest gigantyczna. Dosłownie. Tylko...odniosłem wrażenie,że to tylko góra kamieni. Wprawdzie jest prowadzący do niej podziemny tunel i kiedyś wyglądała inaczej,ale niestety wrażenie robi "tylko" jej rozmiar. Zanim spadną na mnie ogromy,lepiej od razu napiszę,że ich odwiedzenie to niesamowite przeżycie i bardzo się cieszę,że je odwiedziłem. Sęk w tym,że Meksyk ma piramid więcej, duużo więcej. I te które można poznać na południu, ukryte w dżungli, zarośnięte, czasem nie do końca odkopane, z rzeźbami, komnatami, zdobieniami i wymyślnymi dachami biją te Tetihuacańskie na głowę. O! :)
To,że nie opadła mi szczęka nie oznacza wcale,że nie było co oglądać. Jedna z piramid,która została zrekonstruowana i można ją zobaczyć w Muzeum Archeologii ( o tym później)to cudeńko,a i sam widok z samego końca na otaczające konstrukcje dalej siedzi mi w głowie.
Największa.
Z pogruchotonaym sercem nie wolno!
Ślicznotka (te łby jaguara....)
Piknik
Komplet
Po piramidach nastał czas na sanktuarium. Trochę żałuję,że nie spędziliśmy w nim więcej czasu bo jeżeli samo objawienie jest dla mnie zajściem trzeciorzędnym to sama katedra prezentuje się zacnie zarówno z zewnątrz jak i wewnątrz. Co ciekawe tuż obok niej Meksykanie wybudowali potworka i to strasznie szpetnego. Sanktuarium, gdzie znajduję się Maryja wygląda jak katowicki spodek i jest równie brzydkie. W środku jest trochę lepiej, jednak najchętniej to bym je zburzył i zostawił dawny klasyczny kościół z krzywą podłogą, ołtarzem i wielkimi obrazami i przede wszystkim klimatem!.
Sanktuarium wersja klasyczna
Potworek
Bardzo interesujący jest sposób oglądania Maryji. Pewności nie mam,ale wydaje mi się, że przesuwająca się taśma jak na lotniskach ma służyć zwiększeniu przepustowości i eliminować korki. Pomysł niezły, tylko trzeba uważać na samym końcu,żeby się nie zagapić i nie przewrócić.
Lupita
oraz suwnica:)
Wakacyjne retrospekcje- DF dzień numer 1
Do DF można dotrzeć na 3 sposoby.
1. Samolot: najprościej i najszybciej i niestety najdrożej. Tanie linie w Meksyku nie istnieją, chociaż czasem Vivaaerobus ma promocyjne ceny do DF, Monterrey i chyba Guadalajary. Generalnie wychodzi około 1000$MX czyli jakieś 300zł w jedną stronę.
2. Autobus ( regularnymi liniami ADO, bo tylko takie operują w Chiapas i na południu MX). Koszt nieprzyzwoicie wysoki, zwłaszcza jeśli zerkniemy na cenę samolotu.
3. Autobus ( tańszymi liniami Cristobal Colon),350$MX, w drogę powrotną taniej bo 250-300$MX. Ma się rozumieć ostania opcja była najbliższa mojemu sercu i kieszeni:)
Było całkiem prawdopodobne,że tańszy sposób dojazdu do stolicy okaże się bydłowozem i dojedziemy gdzieś pod koniec tygodnia zamiast rankiem następnego dnia. Wyszło całkiem znośnie i mocny poślizg wyniknął tak naprawdę z niczyjej winy bo na autostradzie był wypadek. Nieco znużeni i średnio wyspani dotarliśmy na alternatywny dworzec w DF gdzie cierpliwie ( baardzo cierpliwie) czekał na nas tata Sandry.
Gringos w całym autobusie było raptem dwóch, więc jak się łatwo domyśleć problemów z rozpoznaniem znajomych z Polandii nikt nie miał. Przyjazd do domu, rozpoznanie, przepakowanie, dłuższa pogawędka co tam u nas i jak to się wiedzie na meksykańskiej ziemii i jeszcze tego samego dnia widzimy się na "lunchu" z Sandrą. Mocno przejęta i jeszcze mocniej uradowana, niechętnie wróciła do swojej fabryki:P My natomiast jak to na wakacjach bywa wzieliśmy się za zwiedzanie. Jej rodzice oprowadzili nas po mieście, zabrali do Muzeum Diego Riviery, niebanalnego budynku poczty, Wieży Latynamerykańskiej i pokazali co nieco w centrum.
Muzeum Diego Riviery
Poczta
Wieża LA
Wieczorem rozstaliśmy się z rodzicami,ale tylko po to,żeby ponownie zobaczyć Sandrę i już na spokojnie we trójkę pogadać o różnicy między tortillą kukurydzianą, a mączną i lepszością tacos nad nachos:)
Było miło, bardzo miło. Sympatycznie jest się spotkać po studiach. Mimo,że minęło raptem pół roku trochę się jednak zmieniło,a pinkaterii całemu spotkaniu dodaje fakt,że ostatni raz widzieliśmy się w miejscu oddalonym paręnaście godzin samolotem czyli Wawie.
Na koniec Mexico City nocą i lulu.
1. Samolot: najprościej i najszybciej i niestety najdrożej. Tanie linie w Meksyku nie istnieją, chociaż czasem Vivaaerobus ma promocyjne ceny do DF, Monterrey i chyba Guadalajary. Generalnie wychodzi około 1000$MX czyli jakieś 300zł w jedną stronę.
2. Autobus ( regularnymi liniami ADO, bo tylko takie operują w Chiapas i na południu MX). Koszt nieprzyzwoicie wysoki, zwłaszcza jeśli zerkniemy na cenę samolotu.
3. Autobus ( tańszymi liniami Cristobal Colon),350$MX, w drogę powrotną taniej bo 250-300$MX. Ma się rozumieć ostania opcja była najbliższa mojemu sercu i kieszeni:)
Było całkiem prawdopodobne,że tańszy sposób dojazdu do stolicy okaże się bydłowozem i dojedziemy gdzieś pod koniec tygodnia zamiast rankiem następnego dnia. Wyszło całkiem znośnie i mocny poślizg wyniknął tak naprawdę z niczyjej winy bo na autostradzie był wypadek. Nieco znużeni i średnio wyspani dotarliśmy na alternatywny dworzec w DF gdzie cierpliwie ( baardzo cierpliwie) czekał na nas tata Sandry.
Gringos w całym autobusie było raptem dwóch, więc jak się łatwo domyśleć problemów z rozpoznaniem znajomych z Polandii nikt nie miał. Przyjazd do domu, rozpoznanie, przepakowanie, dłuższa pogawędka co tam u nas i jak to się wiedzie na meksykańskiej ziemii i jeszcze tego samego dnia widzimy się na "lunchu" z Sandrą. Mocno przejęta i jeszcze mocniej uradowana, niechętnie wróciła do swojej fabryki:P My natomiast jak to na wakacjach bywa wzieliśmy się za zwiedzanie. Jej rodzice oprowadzili nas po mieście, zabrali do Muzeum Diego Riviery, niebanalnego budynku poczty, Wieży Latynamerykańskiej i pokazali co nieco w centrum.
Muzeum Diego Riviery
Poczta
Wieża LA
Wieczorem rozstaliśmy się z rodzicami,ale tylko po to,żeby ponownie zobaczyć Sandrę i już na spokojnie we trójkę pogadać o różnicy między tortillą kukurydzianą, a mączną i lepszością tacos nad nachos:)
Było miło, bardzo miło. Sympatycznie jest się spotkać po studiach. Mimo,że minęło raptem pół roku trochę się jednak zmieniło,a pinkaterii całemu spotkaniu dodaje fakt,że ostatni raz widzieliśmy się w miejscu oddalonym paręnaście godzin samolotem czyli Wawie.
Na koniec Mexico City nocą i lulu.
poniedziałek, 29 sierpnia 2011
Wakacyjne retrospekcje- metro w Mexico City
DF, stolica Meksyku, ponad 20stomilionowy moloch pożerające okoliczne miejscowości i nie zapowiada się,żeby jego apetyt miał słabnąć.
Jak jest w „wielkim mieście”?
Tłoczno, bardzo tłoczno. Dużo ludzi, dużo samochodów, wszechobecny hałas. Wchodzisz do jednej z dwunastu linii metra! ,a tam nie dość,że tłok to jeszcze głośniej niż na ulicy. Wchodzi chłopak z plecakiem. Na oko 20 lat i zaczyna krzyczeć. Muzyka, przeboje, rock n roll, tylko 10 peso ( 2,6pln). Tuż po tym jak milknie, zaczynają ryczeć hity Presleya i Arethy Franklin. Skubaniec ma na plecach głośnik ,a w ręku pilot do discmana( kiedy ja ostatnio widziałem discmana?!). Dwie trzy szybko puszczone piosenki i idzie,a raczej przeciska się do następnego przedziału. Stacja metra. Młodzian wychodzi,a tuż po nim wskakuje 40sto letnia pani w dresie, również z plecakiem i tym razem oferująca ballady meksykańskie. I tak na każdym przystanku,a tych nie brakuje.
Muzyka to jednak nie wszystko co można zakupić przemieszczając się metrem. Są też krzyżówki, długopisy,gumy do żucia, słowniczki ,a i zapewne magiczne płyny na łysinę, aczkolwiek tych nie było mi dane widzieć, a wierzcie mi, nie omieszkałbym kupić i potem jeszcze nawet wypróbować. Bądź co bądź to tylko 10peso. Można by to nazwać atrakcją. Fakt, w metrze jeśli nie ma godziny szczytu( a o tym za chwilę) zbyt wiele się nie dzieje. Zmęczeni ludzie, zaspane miny, wrzeszczące dzieci i smrodek pokonanych tego dnia metrów w słońcu. Najgorsze jest to,że wszyscy ci sprzedawcy robią straszliwie dużo hałasu. Najwidoczniej w stolicy spędziłem niewystarczająco dużo czasu bo wszyscy dookoła mieli owe płyty w nosie,co więcej to spory procent je kupował.
Jednak wszystko to jestem niczym w porównaniu z podróżowaniem metrem w godzinach szczytu czyli przedziale godzinowym pomiędzy 18-20, kiedy to większość wraca do domu po swoim ponadregulaminowym czasowo dniu pracy.
Stoisz na peronie i wiesz,że będzie ciężko. Twój plecak wędruje na przód mimo,że ukraść cokolwiek w takim tłumie byłoby trudno. Wejście do pociągu* już samo w sobie jest przygodą bo rozładowanie puszki sardynek wraz z jej ponownym załadowaniem zajmuje razem około 4 sekund, a szprotopodobnych nie brakuje:)
Generalnie sygnał zamykania drzwi rozbrzmiewa tuż po ich otwarciu. Ale mniejsza z tym. Przyjeżdza jeden pociąg, komplet. Za dosłownie 20 sekund kolejny, to samo. Jeszcze dwa w takim samym odstępie 20 sekund! i wsiadasz, znaczy próbujesz wsiąść. Zbliżasz się do ludzi i pchasz do przodu. Ciebie też pchają. Jedna wielka zbita masa głów i ciał prze naprzód. Każdy chce wejść, lecz niestety nie każdemu jest to przeznaczone. W środku gorąco,a nawet nie przekroczyłeś drzwi. Słychać sygnał. Krople potu zraszają czoło. Jest za póżno,żeby wyjść, nie ma miejsca,żeby dalej wejść. I co się dzieje?
Jakaś siła, bynajmniej nie Boża wpycha cię do środka i napiera, i ty też napierasz nawet o tym nie wiedząć. Wszystko trwa raptem parę sekund i gdy pierwszy raz to zobaczyłem nie mogłem uwierzyć, przystanąłem i się przyglądałęm. A teraz, jestem w środku zlepka poplątanych , pomieszanych rąk i nóg i ktoś, albo policja albo inni pasażerowie dosłownie dopychają nas bo w takim kolektywie wszyscy są jednościa wewnątrz wagonu. Jeden przystanek, drugi, trzeci, szósty , mój! Na szczęście innych również. I wszyscy razem niczym niechciany zaskórniak są wypluci na peron. Szybko przebierasz nogami, w małych kroczkach,żeby utrzymać równowagę i po chwili znowu jesteś sam. Pociąg odjechał,inni się rozpierzchli, gratulacje! Właśnie doświadczyłeś jazdy metrem w Meksyku.
Niebywałe przeżycie. Jechałem tak tylko raz,i mi wystarczyło. Lokalni zamieniają się w pasztetowe, paprykarze i szprotki każdego późnego popołudnia : )
Co ciekawe, początkowe wagony są przeznaczone tylko i wyłącznie dla kobiet. Panie mogą skorzystać z pozostałej długości pociągu, jednak tam narażone są na..obmacywanie i podobnego rodzaju niedogodności. Zatem jeśli jesteś płci pięknej i po pracy nie masz zbytnio ochoty na bliższy kontakt z miednicą swoich męskich współpasażerów stajesz grzecznie w kolejce do wagonu dla pań. O!
Pomysł przedni, tylko bo głębszej refleksji niejako smutkiem napawa fakt,że zachodzi potrzeba na stworzenie takiego systemu i,że takie zachowania są po prostu powszechne.
Autobusy wagonów specjalnych nie posiadają,ale szybkie linie mają oddzielny przystanek właśnie dla kobiet,które wtedy podróżują na początku pojazdu. Taki specjalny przedział zwie się różowym. Ot, taka ciekawostka.
*Technicznie rzecz ujmując metro to nie pociąg bo nie jeździ po szynach. Zamiast tego ma kilka rzędów czarnych, dużych, gumowych opon. Inni dźwięk, inny swąd, jednak wagon niemal identyczny.
Jak jest w „wielkim mieście”?
Tłoczno, bardzo tłoczno. Dużo ludzi, dużo samochodów, wszechobecny hałas. Wchodzisz do jednej z dwunastu linii metra! ,a tam nie dość,że tłok to jeszcze głośniej niż na ulicy. Wchodzi chłopak z plecakiem. Na oko 20 lat i zaczyna krzyczeć. Muzyka, przeboje, rock n roll, tylko 10 peso ( 2,6pln). Tuż po tym jak milknie, zaczynają ryczeć hity Presleya i Arethy Franklin. Skubaniec ma na plecach głośnik ,a w ręku pilot do discmana( kiedy ja ostatnio widziałem discmana?!). Dwie trzy szybko puszczone piosenki i idzie,a raczej przeciska się do następnego przedziału. Stacja metra. Młodzian wychodzi,a tuż po nim wskakuje 40sto letnia pani w dresie, również z plecakiem i tym razem oferująca ballady meksykańskie. I tak na każdym przystanku,a tych nie brakuje.
Muzyka to jednak nie wszystko co można zakupić przemieszczając się metrem. Są też krzyżówki, długopisy,gumy do żucia, słowniczki ,a i zapewne magiczne płyny na łysinę, aczkolwiek tych nie było mi dane widzieć, a wierzcie mi, nie omieszkałbym kupić i potem jeszcze nawet wypróbować. Bądź co bądź to tylko 10peso. Można by to nazwać atrakcją. Fakt, w metrze jeśli nie ma godziny szczytu( a o tym za chwilę) zbyt wiele się nie dzieje. Zmęczeni ludzie, zaspane miny, wrzeszczące dzieci i smrodek pokonanych tego dnia metrów w słońcu. Najgorsze jest to,że wszyscy ci sprzedawcy robią straszliwie dużo hałasu. Najwidoczniej w stolicy spędziłem niewystarczająco dużo czasu bo wszyscy dookoła mieli owe płyty w nosie,co więcej to spory procent je kupował.
Jednak wszystko to jestem niczym w porównaniu z podróżowaniem metrem w godzinach szczytu czyli przedziale godzinowym pomiędzy 18-20, kiedy to większość wraca do domu po swoim ponadregulaminowym czasowo dniu pracy.
Stoisz na peronie i wiesz,że będzie ciężko. Twój plecak wędruje na przód mimo,że ukraść cokolwiek w takim tłumie byłoby trudno. Wejście do pociągu* już samo w sobie jest przygodą bo rozładowanie puszki sardynek wraz z jej ponownym załadowaniem zajmuje razem około 4 sekund, a szprotopodobnych nie brakuje:)
Generalnie sygnał zamykania drzwi rozbrzmiewa tuż po ich otwarciu. Ale mniejsza z tym. Przyjeżdza jeden pociąg, komplet. Za dosłownie 20 sekund kolejny, to samo. Jeszcze dwa w takim samym odstępie 20 sekund! i wsiadasz, znaczy próbujesz wsiąść. Zbliżasz się do ludzi i pchasz do przodu. Ciebie też pchają. Jedna wielka zbita masa głów i ciał prze naprzód. Każdy chce wejść, lecz niestety nie każdemu jest to przeznaczone. W środku gorąco,a nawet nie przekroczyłeś drzwi. Słychać sygnał. Krople potu zraszają czoło. Jest za póżno,żeby wyjść, nie ma miejsca,żeby dalej wejść. I co się dzieje?
Jakaś siła, bynajmniej nie Boża wpycha cię do środka i napiera, i ty też napierasz nawet o tym nie wiedząć. Wszystko trwa raptem parę sekund i gdy pierwszy raz to zobaczyłem nie mogłem uwierzyć, przystanąłem i się przyglądałęm. A teraz, jestem w środku zlepka poplątanych , pomieszanych rąk i nóg i ktoś, albo policja albo inni pasażerowie dosłownie dopychają nas bo w takim kolektywie wszyscy są jednościa wewnątrz wagonu. Jeden przystanek, drugi, trzeci, szósty , mój! Na szczęście innych również. I wszyscy razem niczym niechciany zaskórniak są wypluci na peron. Szybko przebierasz nogami, w małych kroczkach,żeby utrzymać równowagę i po chwili znowu jesteś sam. Pociąg odjechał,inni się rozpierzchli, gratulacje! Właśnie doświadczyłeś jazdy metrem w Meksyku.
Niebywałe przeżycie. Jechałem tak tylko raz,i mi wystarczyło. Lokalni zamieniają się w pasztetowe, paprykarze i szprotki każdego późnego popołudnia : )
Co ciekawe, początkowe wagony są przeznaczone tylko i wyłącznie dla kobiet. Panie mogą skorzystać z pozostałej długości pociągu, jednak tam narażone są na..obmacywanie i podobnego rodzaju niedogodności. Zatem jeśli jesteś płci pięknej i po pracy nie masz zbytnio ochoty na bliższy kontakt z miednicą swoich męskich współpasażerów stajesz grzecznie w kolejce do wagonu dla pań. O!
Pomysł przedni, tylko bo głębszej refleksji niejako smutkiem napawa fakt,że zachodzi potrzeba na stworzenie takiego systemu i,że takie zachowania są po prostu powszechne.
Autobusy wagonów specjalnych nie posiadają,ale szybkie linie mają oddzielny przystanek właśnie dla kobiet,które wtedy podróżują na początku pojazdu. Taki specjalny przedział zwie się różowym. Ot, taka ciekawostka.
*Technicznie rzecz ujmując metro to nie pociąg bo nie jeździ po szynach. Zamiast tego ma kilka rzędów czarnych, dużych, gumowych opon. Inni dźwięk, inny swąd, jednak wagon niemal identyczny.
piątek, 26 sierpnia 2011
Powrót z wakacji
Koniec
Było miło,ale się skończyło.
Niemal cały miesiąc wolnego dobiego końca. 9 dni w okolicach Mexico City oraz poźniejszy dwytygodnowy pobyt na Jukatanie jest już tylko wspomnieniem.
Działo się sporo, jeśli nie powiedzieć bardzo dużo. Ilość atrakcji nagromadzona w jednym miejscu i w krótkim przedziale czasowym może niejednego onieśmielić,a już na pewno mnie. DF czyli stolica to tylko punkt do skreślenia na liście miejsc do zobaczenia w Meksyku. Nie zaprzeczam walorów kulturalnych tego miasta,a raczej molocha bo tych co nie miara jednak to nie jest miejsce dla mnie i bardzo miło było opuścić ponad 20sto milionową metropolię. Puebla, Chamula oraz Taxco to pięknę miasta i tam czułem się zdecydowanie lepiej, lecz gwiazdą i jednych z najpiękniejszych miejsc na globie jakie do tej pory widziałem jest Jukatan z jego naturą, Karaibskim morzem i plażami, słońcem oraz świetnymi ludźmi.
Zdjęcia już niemal ogarnięte, powoli, powoli zabiorę się za małe podsumiwanie każdego z miejsc. Planowo ma być krótka relacja z każdej stefy z w miarę krótką galerią na koniec. DF i okolice już niemal obmyślane więc lada dzień można wyglądąc nowych postów:)
Aloha!:P
Było miło,ale się skończyło.
Niemal cały miesiąc wolnego dobiego końca. 9 dni w okolicach Mexico City oraz poźniejszy dwytygodnowy pobyt na Jukatanie jest już tylko wspomnieniem.
Działo się sporo, jeśli nie powiedzieć bardzo dużo. Ilość atrakcji nagromadzona w jednym miejscu i w krótkim przedziale czasowym może niejednego onieśmielić,a już na pewno mnie. DF czyli stolica to tylko punkt do skreślenia na liście miejsc do zobaczenia w Meksyku. Nie zaprzeczam walorów kulturalnych tego miasta,a raczej molocha bo tych co nie miara jednak to nie jest miejsce dla mnie i bardzo miło było opuścić ponad 20sto milionową metropolię. Puebla, Chamula oraz Taxco to pięknę miasta i tam czułem się zdecydowanie lepiej, lecz gwiazdą i jednych z najpiękniejszych miejsc na globie jakie do tej pory widziałem jest Jukatan z jego naturą, Karaibskim morzem i plażami, słońcem oraz świetnymi ludźmi.
Zdjęcia już niemal ogarnięte, powoli, powoli zabiorę się za małe podsumiwanie każdego z miejsc. Planowo ma być krótka relacja z każdej stefy z w miarę krótką galerią na koniec. DF i okolice już niemal obmyślane więc lada dzień można wyglądąc nowych postów:)
Aloha!:P
Subskrybuj:
Posty (Atom)

























