Niedaleko Taxco znajduje się jeden z najbardziej niesamowitych tworów natury jakie do tej pory widziałem. Jaskinie Cacahuamilpa.
Jednak nie jest to zwykła dziura w skale. Wchodzi się do podziemnego systemu komnat o różnej wysokości, długości i z najprzeróżniejszymi formacjami skalnymi. Jedna z rzeczy, których piękna nie oddają żadne zdjęcia,a emocje odżywają jak tylko sięgnę pamięcią do gigantycznych stalaktytów, stalagmitów, korytarzy...
Wchodzisz do wielkiej, przestronnej sali. Nad tobą nietoperze, za tobą mocne słońce,a wokół smród guana, którego sprawcy, zwinne batmany skrzypią i piszczą. Idziesz dalej, powoli oczy przyzwyczają się od mroku i z ciemności zaczynają wyjawiać się tajemnicze kształty obślizgłych skał.
Idziemy, idziemy, i po chwili zastanawiamy się czy czekać na przewodnika czy może lepiej iść samemu. Pada szybka decyzja, wracamy. Jak coś to przyśpieszymy. Rzadko tak bywa,ale wybór całkiem słyszny;P bo przewodnik nie tyle ciekawie opowiada o samej grocie, co posiada magiczną wiedzę i moc przełaczania światła. I to jest iście nieprawdopodobne.
Co jakieś 100metrów następuje totalna zmiana otoczenia i przed oczami za jednym pstryknięciem guzika wyłania się coraz to cudowniejszy zlepek skał, glutów, kransoludów, lian, świec czy innych kształtów sprawnie generowanych przez pobudzoną wyobraźnie i szyszynkę podmózgową ( autor nie ponosi odpowiedzialności za przypisywanie nieodpowiednim organom niewłaśiwych zdolności).
I tak mija, 20, 30, 40 minut, wchodzi się coraz głębiej, czasem w górę, czasem w dół i ciągle trzeba zbierać szczękę z podłogi.
W najwyższym miejscu sufit ma około stu metrów. 100! Pod ziemią.Juliusz Verne umarłby ze szczęścia..
A teraz nędzna próba oddania jak to wszystko wygląda w środku:
Naj, naj naj czyli najwyższy punkt jaskiń. Na dole zdjęcia widać ścieżkę, jej światła i te malutkie cienie to ludzie.
Jedna z ostatnich sal. Skały po prawej były wielkości mieszkalnego domu!
wtorek, 6 września 2011
Wakacyjne retrospekcje- DF-Taxco
Taxco jest przepiękne!
Małe, górzyste, kolonialne, z klimatem i setkami białych Garbusów-taksówek, wszystkie bez wyjątku są białe. Podobnie ma się z busami, rzecz jasna VW "ogórkami" o kolorze wszystkich budynków dookoła.
W Puebli była i jest fabryka VW,a do Taxco niedaleko więc obecność owej marki wydaję się zrozumiała, jednak nie wierzę,żeby nie istniała odgórna decyzja,że wszystkie! środki transportu muszą być bielutkie. Czy planowane czy nie, pomysł genialny. Wprawdzie leciwe maszyny mocno smrodzą i ledwo wspinają się na pochyłe ulicę,jednak są nieodzownym elementem krajobrazu i bez nich miasto straciło by wiele uroku.
Chaotyczne uliczki, zakamarki, liczne sklepiki, malutkie parki i skwerki oraz piękne widoki ze szczytów ponad miastem. Tak wygląda Taxco, miasto gdzie jeszcze nie tak dawno panowała gorączka srebra. I faktycznie, jest ono tanie i dostępne na każdym rogu,a nawet domu.
Uliczki
Katedra
Jej wnętrze
Ciasno
Ciaśniej
A Pan od ruchu gwizdał i pokazywał,że nie wolno;)
Małe, górzyste, kolonialne, z klimatem i setkami białych Garbusów-taksówek, wszystkie bez wyjątku są białe. Podobnie ma się z busami, rzecz jasna VW "ogórkami" o kolorze wszystkich budynków dookoła.
W Puebli była i jest fabryka VW,a do Taxco niedaleko więc obecność owej marki wydaję się zrozumiała, jednak nie wierzę,żeby nie istniała odgórna decyzja,że wszystkie! środki transportu muszą być bielutkie. Czy planowane czy nie, pomysł genialny. Wprawdzie leciwe maszyny mocno smrodzą i ledwo wspinają się na pochyłe ulicę,jednak są nieodzownym elementem krajobrazu i bez nich miasto straciło by wiele uroku.
Chaotyczne uliczki, zakamarki, liczne sklepiki, malutkie parki i skwerki oraz piękne widoki ze szczytów ponad miastem. Tak wygląda Taxco, miasto gdzie jeszcze nie tak dawno panowała gorączka srebra. I faktycznie, jest ono tanie i dostępne na każdym rogu,a nawet domu.
Uliczki
Katedra
Jej wnętrze
Ciasno
Ciaśniej
A Pan od ruchu gwizdał i pokazywał,że nie wolno;)
Wakacyjne retrospekcje- DF- Cholula oraz Puebla
Nadszedł weekend, czas zmienić otoczenie. Sandra, ja i Maciek pojechaliśmy do jej wujka, który obecnie pracuje na uniwersytecie w Chamuli, małej miejscowości w pobliżu wulkanów oraz miasta Puebla.
Było wesoło, było sporo tequili oraz jeszcze więcej jedzenia. Generalnie dużo czasu spędziliśmy na biesiadowaniu;)
Cholula jest znana z gigantycznej piramidy, na szczycie której konkwistadorzy zbudowali kościół i to nie byle jaki bo raz,że z pięknym widokiem na okolice to istotnym religijnie. Znajduje się w nim Dziewica,która leczy ( w moim własnym tłumaczeniu) w oryginalne brzmi lepiej- Virgen de los remedios. Do tego można zobaczyć sto odmiennych sukienek,którymi jest przydziewana ( podczas naszej wizyty ich nie było i nie udało nam się ustalić co się z nimi stało. Sanktuarium jest malutkie jednak urokliwe i warto dreptać na sam szczyt piramidy.
Potem przetransportowaliśmy się do Puebli z swoimi kolonialnymi budynkami, zadbanymi ulicami oraz pełnymi życia parkami. Jedno z ładniejszych miast w całym Meksyku. Lista by wyglądała mniej więcej tak: Guanajuato, Taxco, San Cristobal de Las Casas, Puebla, Morelia, Oaxaca, gdzieś dalej Queretaro,ale to bardziej na siłę.
Weekend minął bardzo szybko,ale po tłocznym i jednak szarym DF, Puebla wraz z Chamulą to raj na ziemi;)
Sanktuarium na szczycie piramidy
widok na okolicę
Jeden z placów Choluli
Ulice Puebli
Kolonialne budynki
Kopuły imponującej katedry w Puebla
Było wesoło, było sporo tequili oraz jeszcze więcej jedzenia. Generalnie dużo czasu spędziliśmy na biesiadowaniu;)
Cholula jest znana z gigantycznej piramidy, na szczycie której konkwistadorzy zbudowali kościół i to nie byle jaki bo raz,że z pięknym widokiem na okolice to istotnym religijnie. Znajduje się w nim Dziewica,która leczy ( w moim własnym tłumaczeniu) w oryginalne brzmi lepiej- Virgen de los remedios. Do tego można zobaczyć sto odmiennych sukienek,którymi jest przydziewana ( podczas naszej wizyty ich nie było i nie udało nam się ustalić co się z nimi stało. Sanktuarium jest malutkie jednak urokliwe i warto dreptać na sam szczyt piramidy.
Potem przetransportowaliśmy się do Puebli z swoimi kolonialnymi budynkami, zadbanymi ulicami oraz pełnymi życia parkami. Jedno z ładniejszych miast w całym Meksyku. Lista by wyglądała mniej więcej tak: Guanajuato, Taxco, San Cristobal de Las Casas, Puebla, Morelia, Oaxaca, gdzieś dalej Queretaro,ale to bardziej na siłę.
Weekend minął bardzo szybko,ale po tłocznym i jednak szarym DF, Puebla wraz z Chamulą to raj na ziemi;)
Sanktuarium na szczycie piramidy
widok na okolicę
Jeden z placów Choluli
Ulice Puebli
Kolonialne budynki
Kopuły imponującej katedry w Puebla
poniedziałek, 5 września 2011
Wakacyjne retrospekcje- DF dzień numer 3
O Muzeum Antropologii będzie krótko, mimo że jest jednym z ciekawszych jakie widziałem i można tam spędzić ogrom czasu.
Jest podzielone na okresy historyczne i regiony,zatem już po kilku godzinach można zapoznać się z poszczególnymi grupami panującymi w Meksyku, poznać różnice, inne budowle oraz ich sztukę. Jest mnóstwo eksponatów,rekonstrukcji, modelów piramid, a nawet indiańskich chatek.
Myślę,że nawet osoby,które z reguły unikają muzeów powinny wyjść zadowolone.
Jest podzielone na okresy historyczne i regiony,zatem już po kilku godzinach można zapoznać się z poszczególnymi grupami panującymi w Meksyku, poznać różnice, inne budowle oraz ich sztukę. Jest mnóstwo eksponatów,rekonstrukcji, modelów piramid, a nawet indiańskich chatek.
Myślę,że nawet osoby,które z reguły unikają muzeów powinny wyjść zadowolone.
niedziela, 4 września 2011
Indie
Nowy rozdział szlajania. Nie napiszę życia bo raz,że to raptem miesiąc, a dwa,że brzmi to...jakoś wyniośle,sztucznie.
To może po kolei.
Indie jak z resztą masa innych punktów na mapie kołaczą się po głowie i czekają na swój czas. Koncepcją nową nie są, już o nich kiedyś myślałem.
Przygodę z Meksykiem kończę pod koniec tego roku. Wracam do Polski.
Rowerem nie będę jeździł rok. Baaardzo długo, za długo. Ze względu na różne czynniki wszelakiego rodzaju i pokroju maszyny brak, siedzi jedna i druga w domu w Lublinie.
Trochę grosza w kieszeni będzie, zaległości nadrobić zwyczajnie trzeba. Prawdziwy wyjazd rowerowy byłby miłym wynagrodzeniem 12stomiesięcznej posuchy.
Mapa przed nosem. W głowie styczeń, czyli zima, trzeba jechać gdzieś na południe. A gdzie tu kiedy u nas zima ciepło mają?
Turcja? Jej południe by było niezłą opcją,ale niedawno stamtąd wróciłem. Wrócę chętnie,ale jeszcze nie teraz.
Grecja? Wydawałaby się ciekawa,ale po szybkim przeglądaniu stron wynikło,że to akurat najbardziej deszczowy okres roku.
Może Maroko? Kilka relacji czytałem, luźne plany w połączeniu z Hiszpanią snułem. Brzmi idealnie. I też takie jest. Wprawdzie samo bo w Europie wtedy chłodno i mokro,ale za to blisko,tanio zarówno dojazd jak i życie na miejscu.
Powoli powstawał zarys trasy, zaokrąglony budżet, nawet kupiłem ku temu Softshella,szukałem połączeń.
Miałem jechać do Maroka. 3ci tydzień stycznia na -+ miesiąc kiedy tu nagle ni stąd ni zowąd pojawiła się wyjątkowo kusząca oferta lotu z Europy do Indii ( forum fly4free.pl)
Już wcześniej tam zaglądałem szukając tanich połączeń to Azji ( Bangkok) oraz Indii. Ceny biletów były raczej drogie, do tego trzeba było wyglądać promocji, Maroko wydawało się dużo realniejsze.
Jednak nie. 995pln za dwie strony to naprawdę tanio ( w tym niemal 10% zbójnicka prowizja esky.pl za bilet) i po 2h godzinach szukania, czytania i wahania wybrałem jeden z terminów podanych na forum i chwilę potem kupiłem lot.
Przyznam się bez bicia,że cały zakup był robiony w amoku. Nawet nie wiedziałem,że do Indii jest wymagana wiza i teraz czeka mnie wizyta w Ambasadzie Polski w DF,żeby wyrobić nowy paszport bo wymagany jest minimalny roczny okres ważności,ale po kilku telefonach wygląda na to,iż powinno pójść gładko. Samą wizę załatwić mogę już Polsce.
Dochodzą szczepienia,które nie są wymagane, aczkolwiek wolałbym chociaż niektóre z nich mieć, zwłaszcza,że przydadzą mi się na przyszłość. Tutaj znowu promyk nadzieji, bo podobno w Meksyku większość szczepionek jest darmowa, tylko ludność niezbyt chętnie się po nie zgłasza. Wszystko będę wiedział na początku następnego tygodnia po wizycie w Centro de Vacunas w Tuxtli :)
I ostatnia w sumie najistotniejsza sprawa. Rower!
Przecież to miał być typowy wyjazd sakwiarski!! Pewna doza niepokoju pozostaje mimo,że główny bagaż nie ma ograniczonych wymiarów i mogę załadować w niego 28kg + 6kg podręcznego co jest całkiem wykonalne. Niepokoi mnie za to brak możliwości obniżenia siodełka, po tym jak sztyca pod siodełkiem się zapiekła i nawet serwisanci załamali nad nią ręce. Dlaczego? Bo muszę się dostać do Brukseli to raz. A dwa,że siodełko jest wysoko i może przysporzyć trochę zachodu.
Zawszę mogę zmienić ramę i przerzucić całą resztę, no i ostateczności pojadę "tylko" z plecakiem.. Czego szczerze powiedziawszy wolałbym uniknąć bo właśnie sakwy to ten jedyny i prawdziwie prawdziwy;p sposób podróżowania.
Tak czy siak będzie świetnie. W końcu to Indie, a przy wyjeździe plecakowym jest spore prawdopodobieństwo poznania ludzi, może nawet pałętania się w grupie.
Się zobaczy. Czasu trochę jeszcze jest:)
Wylot 20.01.2012 z Brukseli do Bombaju. Powrót 20.02.2012 do Berlina.
A jeden miesiąc w Polsce to w sumie akurat,żeby z każdym piwo wypić i O Meksyku poopowiadać:>
To może po kolei.
Indie jak z resztą masa innych punktów na mapie kołaczą się po głowie i czekają na swój czas. Koncepcją nową nie są, już o nich kiedyś myślałem.
Przygodę z Meksykiem kończę pod koniec tego roku. Wracam do Polski.
Rowerem nie będę jeździł rok. Baaardzo długo, za długo. Ze względu na różne czynniki wszelakiego rodzaju i pokroju maszyny brak, siedzi jedna i druga w domu w Lublinie.
Trochę grosza w kieszeni będzie, zaległości nadrobić zwyczajnie trzeba. Prawdziwy wyjazd rowerowy byłby miłym wynagrodzeniem 12stomiesięcznej posuchy.
Mapa przed nosem. W głowie styczeń, czyli zima, trzeba jechać gdzieś na południe. A gdzie tu kiedy u nas zima ciepło mają?
Turcja? Jej południe by było niezłą opcją,ale niedawno stamtąd wróciłem. Wrócę chętnie,ale jeszcze nie teraz.
Grecja? Wydawałaby się ciekawa,ale po szybkim przeglądaniu stron wynikło,że to akurat najbardziej deszczowy okres roku.
Może Maroko? Kilka relacji czytałem, luźne plany w połączeniu z Hiszpanią snułem. Brzmi idealnie. I też takie jest. Wprawdzie samo bo w Europie wtedy chłodno i mokro,ale za to blisko,tanio zarówno dojazd jak i życie na miejscu.
Powoli powstawał zarys trasy, zaokrąglony budżet, nawet kupiłem ku temu Softshella,szukałem połączeń.
Miałem jechać do Maroka. 3ci tydzień stycznia na -+ miesiąc kiedy tu nagle ni stąd ni zowąd pojawiła się wyjątkowo kusząca oferta lotu z Europy do Indii ( forum fly4free.pl)
Już wcześniej tam zaglądałem szukając tanich połączeń to Azji ( Bangkok) oraz Indii. Ceny biletów były raczej drogie, do tego trzeba było wyglądać promocji, Maroko wydawało się dużo realniejsze.
Jednak nie. 995pln za dwie strony to naprawdę tanio ( w tym niemal 10% zbójnicka prowizja esky.pl za bilet) i po 2h godzinach szukania, czytania i wahania wybrałem jeden z terminów podanych na forum i chwilę potem kupiłem lot.
Przyznam się bez bicia,że cały zakup był robiony w amoku. Nawet nie wiedziałem,że do Indii jest wymagana wiza i teraz czeka mnie wizyta w Ambasadzie Polski w DF,żeby wyrobić nowy paszport bo wymagany jest minimalny roczny okres ważności,ale po kilku telefonach wygląda na to,iż powinno pójść gładko. Samą wizę załatwić mogę już Polsce.
Dochodzą szczepienia,które nie są wymagane, aczkolwiek wolałbym chociaż niektóre z nich mieć, zwłaszcza,że przydadzą mi się na przyszłość. Tutaj znowu promyk nadzieji, bo podobno w Meksyku większość szczepionek jest darmowa, tylko ludność niezbyt chętnie się po nie zgłasza. Wszystko będę wiedział na początku następnego tygodnia po wizycie w Centro de Vacunas w Tuxtli :)
I ostatnia w sumie najistotniejsza sprawa. Rower!
Przecież to miał być typowy wyjazd sakwiarski!! Pewna doza niepokoju pozostaje mimo,że główny bagaż nie ma ograniczonych wymiarów i mogę załadować w niego 28kg + 6kg podręcznego co jest całkiem wykonalne. Niepokoi mnie za to brak możliwości obniżenia siodełka, po tym jak sztyca pod siodełkiem się zapiekła i nawet serwisanci załamali nad nią ręce. Dlaczego? Bo muszę się dostać do Brukseli to raz. A dwa,że siodełko jest wysoko i może przysporzyć trochę zachodu.
Zawszę mogę zmienić ramę i przerzucić całą resztę, no i ostateczności pojadę "tylko" z plecakiem.. Czego szczerze powiedziawszy wolałbym uniknąć bo właśnie sakwy to ten jedyny i prawdziwie prawdziwy;p sposób podróżowania.
Tak czy siak będzie świetnie. W końcu to Indie, a przy wyjeździe plecakowym jest spore prawdopodobieństwo poznania ludzi, może nawet pałętania się w grupie.
Się zobaczy. Czasu trochę jeszcze jest:)
Wylot 20.01.2012 z Brukseli do Bombaju. Powrót 20.02.2012 do Berlina.
A jeden miesiąc w Polsce to w sumie akurat,żeby z każdym piwo wypić i O Meksyku poopowiadać:>
Perspektywa się zmienia
Już nikt mnie nie chce zabić. Nie rozpatruję siebie jako pieszego w kategoriach rozjechanych winniczków. Kierowcy jeżdżą tak samo jak wcześniej,ani lepiej, ani gorzej. Niczego nie zrewolucjonizowałem, nic nie zmieniłem, nikt z lokalnych posiadaczy 4 kółek moimi żalami się nie przejął, no bo niby jak też miał o nich się dowiedzieć.
Po pewnym czasie, człowiek się przyzwyczaja, może obojętnieje, na to co wcześniej tak bardzo drażniło i zachodziło za skórę. Taksówka za każdym razem gdy idę do pracy, lub idę sobie gdziekolwiek ( bo tak właśnie bywa bez samochodu,że człowiek sobie zwyczajnie idzie, noga za nogą,a pewnie nawet jakbym go miał to te 14 minut do szkoły piechotą wydaję się bardzo rozsądnym rozwiązaniem) trąbi i to kilkukrotnie. Przy okazji mruga światłami i podnosi do góry wskazujący palec. Już tego nie widzę, nie podnoszę głowy, sobie idę. Nie denerwuję się,mimo że dalej takie trąbienie na bogu winnego Polaczka irytuje i zakłóca spokój, nie żaden wewnętrzny spokój umysły tylko po prostu klakson to hałas i do tego z mocno agresywnym wydźwiękiem, przynajmniej dla mnie.
Może to kwestia upałów, które już mijają i nie męczą. Może to już upływ dni zrobił swoje na danym lądzie, w danym środowisku.
Mniej rzeczy dziwi, więcej się rozumie, nieco zaznajomiłem się z kulturą. Zawsze,ale to zawsze będąc w innym kraju, porównuje się lokalne zwyczaje, zachowania do tego co polskie( w moim przypadku) do tego co znane i własne. Niemożliwością jest odnieść się do "inności" w sposób zupełnie neutralny, zwłaszcza gdy coś draźni, razi, męczy czy denerwuje. Im więcej się świata widzi tym więcej punktów widzenia danego aspektu w głowie powstaje. Czasem pomaga zrozumieć, czasem pomaga myśleć nieco innym tokiem, sposobem, innymi kryteriami. Najważniejsze,żeby nie kwalifikować na gorsze czy lepsze. Bo u nas robimy inaczej i jeseśmy przyzwyczajeni do innych zwyczajów nie znaczy,że inne są gorsze. Rzecz oczywista, jednak się o tym zapomina.
Zastanawiam się nad niektórymi głupotami, które były w stanie szargać mi nerwy i czasem się dziwie. Na co to? Po co to? Jednak w tym tkwi swego rodzaju urok poznawania, przebywania gdzie indziej. Na szczęście w większości przypadków jest ciekawie, pozytywnie, owa nieznajomość obcej kultury przyciąga, wciąga i uzależnia. Na szczęście rzeczy które męczą, z którymi nie mogę się zgodzić schodzą na inny plan. Meksykanie z takich czy innych powodów nie podróżują i nie poznają swojego kraju. ( Uogólniając) nie mają pragnienia pchania się w inne części globu jak rosnąca ilość Polaków czy wiecznych podróżników Kanadyjczyków, Francuzów, Holendrów..
No i dobra. Ich strata. Nie wiedzą co tracą i co ich własny kraj ma do zaoferowania. Nie pozostaje mi nic innego jak uszanować i im przytaknąć. Tym razem beż żadnych złośliwości.
Takich przykładów mam więcej,ale nie w tym rzecz. Naszła refleksja, przelałem ją na klawiaturę. Obawiam się tylko,że znowu napisałem posta tylko dla siebie:)
Po pewnym czasie, człowiek się przyzwyczaja, może obojętnieje, na to co wcześniej tak bardzo drażniło i zachodziło za skórę. Taksówka za każdym razem gdy idę do pracy, lub idę sobie gdziekolwiek ( bo tak właśnie bywa bez samochodu,że człowiek sobie zwyczajnie idzie, noga za nogą,a pewnie nawet jakbym go miał to te 14 minut do szkoły piechotą wydaję się bardzo rozsądnym rozwiązaniem) trąbi i to kilkukrotnie. Przy okazji mruga światłami i podnosi do góry wskazujący palec. Już tego nie widzę, nie podnoszę głowy, sobie idę. Nie denerwuję się,mimo że dalej takie trąbienie na bogu winnego Polaczka irytuje i zakłóca spokój, nie żaden wewnętrzny spokój umysły tylko po prostu klakson to hałas i do tego z mocno agresywnym wydźwiękiem, przynajmniej dla mnie.
Może to kwestia upałów, które już mijają i nie męczą. Może to już upływ dni zrobił swoje na danym lądzie, w danym środowisku.
Mniej rzeczy dziwi, więcej się rozumie, nieco zaznajomiłem się z kulturą. Zawsze,ale to zawsze będąc w innym kraju, porównuje się lokalne zwyczaje, zachowania do tego co polskie( w moim przypadku) do tego co znane i własne. Niemożliwością jest odnieść się do "inności" w sposób zupełnie neutralny, zwłaszcza gdy coś draźni, razi, męczy czy denerwuje. Im więcej się świata widzi tym więcej punktów widzenia danego aspektu w głowie powstaje. Czasem pomaga zrozumieć, czasem pomaga myśleć nieco innym tokiem, sposobem, innymi kryteriami. Najważniejsze,żeby nie kwalifikować na gorsze czy lepsze. Bo u nas robimy inaczej i jeseśmy przyzwyczajeni do innych zwyczajów nie znaczy,że inne są gorsze. Rzecz oczywista, jednak się o tym zapomina.
Zastanawiam się nad niektórymi głupotami, które były w stanie szargać mi nerwy i czasem się dziwie. Na co to? Po co to? Jednak w tym tkwi swego rodzaju urok poznawania, przebywania gdzie indziej. Na szczęście w większości przypadków jest ciekawie, pozytywnie, owa nieznajomość obcej kultury przyciąga, wciąga i uzależnia. Na szczęście rzeczy które męczą, z którymi nie mogę się zgodzić schodzą na inny plan. Meksykanie z takich czy innych powodów nie podróżują i nie poznają swojego kraju. ( Uogólniając) nie mają pragnienia pchania się w inne części globu jak rosnąca ilość Polaków czy wiecznych podróżników Kanadyjczyków, Francuzów, Holendrów..
No i dobra. Ich strata. Nie wiedzą co tracą i co ich własny kraj ma do zaoferowania. Nie pozostaje mi nic innego jak uszanować i im przytaknąć. Tym razem beż żadnych złośliwości.
Takich przykładów mam więcej,ale nie w tym rzecz. Naszła refleksja, przelałem ją na klawiaturę. Obawiam się tylko,że znowu napisałem posta tylko dla siebie:)
czwartek, 1 września 2011
Wakacyjne retrospekcje- DF dzień numer 2 Tetihuacan oraz Sanktuarium ( Maryji z Guadalupe)
Drugiego dnia co? Piramidy!
I to nie byle jakie bo jedne z najtłumniej odwiedzanych w całym Meksyku. O dziwo, ludzi nie było niesamowicie wiele,jednak jako że nie mogliśmy odwiedzić ich sami wyruszyliśmy nieco później;)
I co?
Są ogromne, wręcz niebotyczne, do tego otoczone pasmami gór i wszystkie budynki stanowią dobrze zachowany zgrany kompleks. Zapierają dech w piersiach? Szczerze to
nie. Aztekowie byli okrutnymi wojownikami i zasłynęli z podboju innych plemion jednak widać,że architekci z nich mało wybitni. Największa piramida słońca pnie się dziesiątkami metrów ku niebu i jest gigantyczna. Dosłownie. Tylko...odniosłem wrażenie,że to tylko góra kamieni. Wprawdzie jest prowadzący do niej podziemny tunel i kiedyś wyglądała inaczej,ale niestety wrażenie robi "tylko" jej rozmiar. Zanim spadną na mnie ogromy,lepiej od razu napiszę,że ich odwiedzenie to niesamowite przeżycie i bardzo się cieszę,że je odwiedziłem. Sęk w tym,że Meksyk ma piramid więcej, duużo więcej. I te które można poznać na południu, ukryte w dżungli, zarośnięte, czasem nie do końca odkopane, z rzeźbami, komnatami, zdobieniami i wymyślnymi dachami biją te Tetihuacańskie na głowę. O! :)
To,że nie opadła mi szczęka nie oznacza wcale,że nie było co oglądać. Jedna z piramid,która została zrekonstruowana i można ją zobaczyć w Muzeum Archeologii ( o tym później)to cudeńko,a i sam widok z samego końca na otaczające konstrukcje dalej siedzi mi w głowie.
Największa.
Z pogruchotonaym sercem nie wolno!
Ślicznotka (te łby jaguara....)
Piknik
Komplet
Po piramidach nastał czas na sanktuarium. Trochę żałuję,że nie spędziliśmy w nim więcej czasu bo jeżeli samo objawienie jest dla mnie zajściem trzeciorzędnym to sama katedra prezentuje się zacnie zarówno z zewnątrz jak i wewnątrz. Co ciekawe tuż obok niej Meksykanie wybudowali potworka i to strasznie szpetnego. Sanktuarium, gdzie znajduję się Maryja wygląda jak katowicki spodek i jest równie brzydkie. W środku jest trochę lepiej, jednak najchętniej to bym je zburzył i zostawił dawny klasyczny kościół z krzywą podłogą, ołtarzem i wielkimi obrazami i przede wszystkim klimatem!.
Sanktuarium wersja klasyczna
Potworek
Bardzo interesujący jest sposób oglądania Maryji. Pewności nie mam,ale wydaje mi się, że przesuwająca się taśma jak na lotniskach ma służyć zwiększeniu przepustowości i eliminować korki. Pomysł niezły, tylko trzeba uważać na samym końcu,żeby się nie zagapić i nie przewrócić.
Lupita
oraz suwnica:)
I to nie byle jakie bo jedne z najtłumniej odwiedzanych w całym Meksyku. O dziwo, ludzi nie było niesamowicie wiele,jednak jako że nie mogliśmy odwiedzić ich sami wyruszyliśmy nieco później;)
I co?
Są ogromne, wręcz niebotyczne, do tego otoczone pasmami gór i wszystkie budynki stanowią dobrze zachowany zgrany kompleks. Zapierają dech w piersiach? Szczerze to
nie. Aztekowie byli okrutnymi wojownikami i zasłynęli z podboju innych plemion jednak widać,że architekci z nich mało wybitni. Największa piramida słońca pnie się dziesiątkami metrów ku niebu i jest gigantyczna. Dosłownie. Tylko...odniosłem wrażenie,że to tylko góra kamieni. Wprawdzie jest prowadzący do niej podziemny tunel i kiedyś wyglądała inaczej,ale niestety wrażenie robi "tylko" jej rozmiar. Zanim spadną na mnie ogromy,lepiej od razu napiszę,że ich odwiedzenie to niesamowite przeżycie i bardzo się cieszę,że je odwiedziłem. Sęk w tym,że Meksyk ma piramid więcej, duużo więcej. I te które można poznać na południu, ukryte w dżungli, zarośnięte, czasem nie do końca odkopane, z rzeźbami, komnatami, zdobieniami i wymyślnymi dachami biją te Tetihuacańskie na głowę. O! :)
To,że nie opadła mi szczęka nie oznacza wcale,że nie było co oglądać. Jedna z piramid,która została zrekonstruowana i można ją zobaczyć w Muzeum Archeologii ( o tym później)to cudeńko,a i sam widok z samego końca na otaczające konstrukcje dalej siedzi mi w głowie.
Największa.
Z pogruchotonaym sercem nie wolno!
Ślicznotka (te łby jaguara....)
Piknik
Komplet
Po piramidach nastał czas na sanktuarium. Trochę żałuję,że nie spędziliśmy w nim więcej czasu bo jeżeli samo objawienie jest dla mnie zajściem trzeciorzędnym to sama katedra prezentuje się zacnie zarówno z zewnątrz jak i wewnątrz. Co ciekawe tuż obok niej Meksykanie wybudowali potworka i to strasznie szpetnego. Sanktuarium, gdzie znajduję się Maryja wygląda jak katowicki spodek i jest równie brzydkie. W środku jest trochę lepiej, jednak najchętniej to bym je zburzył i zostawił dawny klasyczny kościół z krzywą podłogą, ołtarzem i wielkimi obrazami i przede wszystkim klimatem!.
Sanktuarium wersja klasyczna
Potworek
Bardzo interesujący jest sposób oglądania Maryji. Pewności nie mam,ale wydaje mi się, że przesuwająca się taśma jak na lotniskach ma służyć zwiększeniu przepustowości i eliminować korki. Pomysł niezły, tylko trzeba uważać na samym końcu,żeby się nie zagapić i nie przewrócić.
Lupita
oraz suwnica:)
Subskrybuj:
Posty (Atom)





































