Sima czyli taka dziura w ziemi, co była jaskinią i jej kiedyś strop opadł. A cotorras ponieważ żyją tam sobie papugi i przez -+ pół roku codziennie o świcie gromadnie wylatują na zewnątrz przerażliwie przy tym hałasując. Sam tego nie doświadczyłem ( jeszcze;)),ale jako,że weekend był rowerowy to w niedzielę podczepiłem się pod lokalną społeczność rowerową i wybraliśmy się poza miasto w teren.
Trasa krótka, nawet bardzo bo raptem 13km w jedną stronę. Na miejsce dojechaliśmy samochodami ( wycieczka w serii ' promujemy rowery' )tuż po iście barbarzyńskiej porze zbiórki w miejskim parku. Szósta zero zero heh. Głupim i naiwnym ja bom jeszcze się nie nauczył,że punktualnie to tutaj tylko wiadomości wieczorne nadają, przyjechałem o tej 5:55,żeby sobie poczekać jakieś 30 minut zanim wszyscy się zjadą, rowery zapakują ( zaczynam dostrzegać przydatność pick-upów) i w końcu wyjadą.
Po kolejnych 30 minutach jesteśmy na miejscu. Tym razem ogarniamy się bardzo sprawnie i jedziemy przed siebie. Trasa już kiedyś przebyta,ale na rowerze jeszcze nigdy. Telepie i to mocno. Zaschnięte zwały błota nie ułatwiają jazdy, czasem to nieco denerwowało bo widoki zacne a tu trzeba się skupiać i kolejny mijać. Potem jednak był szuter,a na koniec kamienie:)
A gdzie tytułowa Sima? Byliśmy przy wejściu i czekaliśmy na resztę ekipy. Według planu miało być śniadanie, szybka rundka wokół dziury i powrót. Nie było ani jedzenia,ani zwiedzania,na drugi raz trzeba mieć przynajmniej kanapkę;)
Na koniec część pojechała do domów, a część udała się na upragnione śniadanie już w Tuxtli.
Wycieczka krótka,ale udana. Ludzie naprawdę pozytywni, starają się rozkręcić idee pedałowania, organizują regularne ustawki i coś a la masa krytyczna. Jeszcze się z nimi nieraz wybiorę.
niedziela, 22 lipca 2012
środa, 18 lipca 2012
Madresal
Madresal czyli sól matki (ziemii) była planowana od dawien,dawna, jednak chociażby dla tak banalnego powodu jak rosnący w siłę huragan o uroczym imieniu Carlotta, wyjazd nie doszedł do skutku. Jak się później okazało huragan potężny wcale nie był,a jak już to powędrował bardziej na północ, lecz zagrożenie poważne i nikt tutaj takich kaprysów pogody nie ignoruje.
Za drugim podejściem byliśmy ponownie u progu porażki, ale ostatecznie zebrała się czterosobowa ekipa i wyjazd się udał. I to jak!
Wiedziałem,że jest ładnie, odmiennie i można znaleźć dużo atrakcji,ale mimo wszystko byłem bardzo pozytywnie zaskoczony. Już na samym początku jest inaczej bo trzeba zostawić na parkingu samochód, zabrać wszystkie potrzebne rzeczy i załadować się na łódkę. Co ciekawe, od początku do końca wszystko jest nieźle zorganizowane i nie ma chaosu, co nie zawsze jest tu normą;)
Za 15 peso czyli jakieś 3,5 PLN łódka z przewodnikiem-sternikiem zabiera nas na krótką przejażdzkę pośród lasów namorzynowych aż dopłyniemu do...lądu, a w zasadzie do plaży odgrodzonej pasmem słodko słonej wody i owymi namorzynami. Widoki zacne. Wszystko dookoła zielone, dzikie i nieco tajemnicze. Woda ma raptem 2 metry głębokości,ale za to gdzieś przy dnie siedzą sobie krokodyle. Dla nich musimy wrócić w sezonie czyli okresie od września do marca kiedy mija pora deszczowa,a woda jest przejrzysta i dinozaury można sobie zwyczajnie podglądać w ich naturalnym środowisku.
Do tego mnóstwo ptactwa ( ponoć,nic nie widzieliśmy),ale inna sprawa,że wycieczka trwa jakieś 3h więc pewnie są lecz nieco na odludziu ( jeszcze większym).
Masa korzeni, cień, buczenie owadów, jest klimat.
Kukuryk
Tam gdzieś ktoś coś
Docieramy do można to nazwać ośrodka,a tam cisza, spokój, zero turystów. Domki są max 5 osobowe, 2 łóżka plus hamak ( nie dziękuję, nigdy więcej) w cenie 600 peso czyli -+ 150PLN. Cena naprawdę przystępna, bo w środku ładnie i przyjemnie. Drewno, dach z liści palmowych, moskitiery i nawet wiatrak jest. Ten jednak przestał dmać około tuż po północy kiedy to prąd się znudził i też poszedł spać.
Taki las w sumie;)
W niedzielę wywieszono czerwoną flagęmimo,że ocean był dość spokojny. Problem był nieco innej natury, otóż przy brzegu grasowały ławice mant- takie płaskie, szybkie ale za to z jadowitym lub po prostu ostro zakończonym ogonem. Nie są drapieżne,ale przestraszone czy nadepnięte atakują i potem boli. Na szczęście po jakiejś godzinie było ich znacznie mniej i z powrotem można było się kąpać.
Jak nie ma turystów to i śmieci nie ma.
Ekipa prawie w pełnym składzie: Cinthia, Lety, Oscar.
A na koniec zaczęło padać i padało jeszcze w Tuxtli, do rana:)
Oprócz tego? Smaczne ryby na obiad, zimne piwo po jak i przed i relaks,a no i gwieździste niebo nocą.
Za drugim podejściem byliśmy ponownie u progu porażki, ale ostatecznie zebrała się czterosobowa ekipa i wyjazd się udał. I to jak!
Wiedziałem,że jest ładnie, odmiennie i można znaleźć dużo atrakcji,ale mimo wszystko byłem bardzo pozytywnie zaskoczony. Już na samym początku jest inaczej bo trzeba zostawić na parkingu samochód, zabrać wszystkie potrzebne rzeczy i załadować się na łódkę. Co ciekawe, od początku do końca wszystko jest nieźle zorganizowane i nie ma chaosu, co nie zawsze jest tu normą;)
Za 15 peso czyli jakieś 3,5 PLN łódka z przewodnikiem-sternikiem zabiera nas na krótką przejażdzkę pośród lasów namorzynowych aż dopłyniemu do...lądu, a w zasadzie do plaży odgrodzonej pasmem słodko słonej wody i owymi namorzynami. Widoki zacne. Wszystko dookoła zielone, dzikie i nieco tajemnicze. Woda ma raptem 2 metry głębokości,ale za to gdzieś przy dnie siedzą sobie krokodyle. Dla nich musimy wrócić w sezonie czyli okresie od września do marca kiedy mija pora deszczowa,a woda jest przejrzysta i dinozaury można sobie zwyczajnie podglądać w ich naturalnym środowisku.
Do tego mnóstwo ptactwa ( ponoć,nic nie widzieliśmy),ale inna sprawa,że wycieczka trwa jakieś 3h więc pewnie są lecz nieco na odludziu ( jeszcze większym).
Masa korzeni, cień, buczenie owadów, jest klimat.
Kukuryk
Tam gdzieś ktoś coś
Docieramy do można to nazwać ośrodka,a tam cisza, spokój, zero turystów. Domki są max 5 osobowe, 2 łóżka plus hamak ( nie dziękuję, nigdy więcej) w cenie 600 peso czyli -+ 150PLN. Cena naprawdę przystępna, bo w środku ładnie i przyjemnie. Drewno, dach z liści palmowych, moskitiery i nawet wiatrak jest. Ten jednak przestał dmać około tuż po północy kiedy to prąd się znudził i też poszedł spać.
Taki las w sumie;)
W niedzielę wywieszono czerwoną flagęmimo,że ocean był dość spokojny. Problem był nieco innej natury, otóż przy brzegu grasowały ławice mant- takie płaskie, szybkie ale za to z jadowitym lub po prostu ostro zakończonym ogonem. Nie są drapieżne,ale przestraszone czy nadepnięte atakują i potem boli. Na szczęście po jakiejś godzinie było ich znacznie mniej i z powrotem można było się kąpać.
Jak nie ma turystów to i śmieci nie ma.
Ekipa prawie w pełnym składzie: Cinthia, Lety, Oscar.
A na koniec zaczęło padać i padało jeszcze w Tuxtli, do rana:)
Oprócz tego? Smaczne ryby na obiad, zimne piwo po jak i przed i relaks,a no i gwieździste niebo nocą.
Garnki lepią
Weekend jak to ostatnio bywa poza Tuxtlą i tym razem niemal już standardowo po raz kolejny padło na San Cristobal de Las Casas, czyli jakby ktoś nie kojarzył, niewielką, urokliwie usytuowaną w górach ( 2100 mnpm) miejscowość, pełną wszelakich narodowości, kultur, smaków i kolorów. Każdy kto przyjeżdża do Chiapas lub jest tu tylko tranzytem w 99,9% zahacza o SCDLS. Chłodny jak na Meksyk klimat, piękne okolice i bujne życie pod każdym względem zatrzymuje ludzi na dłużej i lwia część obcokrajowców osiedla się na stałe prowadząc hostele, pensjonaty, restauracje, agencje turystyczne czy księgarnie.
Ostatnio zdjęć było mało,a wręcz wcale, to tym razem będzie sporo pstryków z drogi, ręki itepe czyli wszystko do czego przyzwyczaiłem się trochę już tutaj siedząc,a co dla innych może być nowe, nieznane i może nawet ciekawe:>
A dlaczego garnki lepią? Gdyż, aż, ponieważ w niedzielę wybraliśmy się na krótką wycieczkę do jeszcze mniejszej miejscowości, gdzie od praprapradziada, podobno, w ten sam niezmienny sposób tworzą najróżniejsze przedmioty z gliny. A robią to w rękach i bez koła i wychodzi im to naprawdę ładnie. A zwie się ona Amatenango.
Chatka Cinthi i meksykowóz. W niedzielę pogoda idealna, słonecznie i bardzo przejrzyście.
Buen Viaje czyli kolejna wioska po drodze.
Gołąbki
Prosiak się pasie
Przebijamy się przez główną ulicę miasta.
Mało kolorowa wieś
I jesteśmy. Cinthia, Brenda, Ruben.
Można wybrać wersję kolorową lub pomazać według własnego widzimisię, wybrałem opcję numer dwa,z tym że kto inny ma się zająć malowaniem;) Skarbonka pancernikowa ( te okrągłe w środku jest w trakcie aktu twórczego;p)
2
Kurki, gąski, jaguary, pawie i inne ćwirki. Dla mnie bomba.
sobota, 30 czerwca 2012
Ciśnienie
Ciśnienie
Z sercem wszystko w porządku. Wiosny lecą,ale to jeszcze nie ten czas. Od jakiegoś czasu mam tzw wewnętrzne ciśnienie na parcie do przodu, odkrycie czegoś nowego, poznanie nieznanego i zobaczenia czegoś odmiennego od tego co już było dane mi zobaczyć. Jedna klamka zapadła, rower będzie, będzie szybko. Oczywiście, po drodze trzeba pokonać pewne kroczki jako,że z braku chwilowego ( dłuższo chwilowego) dostępu do większych zasobów gotówki nie ma zbyt wielu opcji to przetestuję na sobie system ratalny,a co. Tym samym największy głód nienznanego powinien zostać nasycony. A nasycenie mam nadzieję nastiąpi przez eksplorację lokalnych wiosek i okolicznych górek. Bądź co bądź mieszkam w niecce i nieco wszędzie dookoła jest wyżej. Aha, będzie MTB.
Ostatnio zamiast standardowej autostrady do San Cristobal de Las Casas pojechaliśmy ze znajomymi starą ekspresówką i jest kapitalna. Co prawda kierowcę nieco męczy, może nie sama jazda i multum zakrętów,a bardziej brak możliwości podziwiania widoków i cieszenia się krajobrazem. Plan na przyszłość bo raz,że nie ma na czym,a dwa,że 80km z wysokości pół kilometra na 2100m npm trochę zajmie, bez ponownego podrasowania organizmu.
A dalej? A dalej jest Gwatemala. Jednak tak naprawdę to jest na wyciągniecie ręki. Tak daleko,tak blisko mawiają. A dokładnie to jakieś 250km! Zaledwie. Taka wycieczka do Krakowa, którą miałem zamiar i tak kiedyś z Lublina zrobić.
Plany, plany, plany. Może nie marzenia bo jednak to wszystko jest wykonalne i nawet nie potrzeba długich wakacji.
Do tego znowu pod warunkiem,że wszystko się uda, z Polski niedługo powinna dotrzeć paczka z sprzętem i ubraniami typowo sportowymi, o które tutaj niestety bardzo trudno. Co z tego wyjdzie? Może tylko błahe paplanie,ale tak naprawdę wszystko zależy od nas,a w zasadzie ode mnie i jestem dziwnie optymistyczny
Meksykanie
Meksykanie
Mija drugi miesiąc obcowania wśród pożeraczy fasoli i placków kukurydzianych. W sumie wyjdzie 13 miesięcy za wielką wodą. Szybko czas leci, jakby nie patrzeć.
Blog leży odłogiem, weny brak, nowych zdjęć również mimo,że praktycznie każdy weekend jestem poza Tuxtlą to jednak odwiedza się miejsca, które już obficie sfotografowałem w zeszłym roku.
Człowiek,żyje sobie w nieco innym środowisku i co dla innych jest codziennością dla niego czasem wydaje się zupełnie absurdalne i razi w oczy mocą gazyliona luksów. Chociażby najświeższy przykład.
Piątek, popołudnie, zbliżające się godziny szczytu spowodowane wygnaniem ludzi na późne lancze oraz wczesnych urlopowiczów weekendowych zapełniają główną ulicę miasta zwaną Avenida Central. Akurat przyszło mi przemieszczać się przez miasto i utknąć w korku. Poniekąd miałem szczęście bo dalej niż mój przystanek się nie pojedzie. Ludzie trąbią, hałasują, jest chaos. W sumie standard, jednak tego dnia w nieco bardziej krytycznym barwach. Przede mną ciekawy widok. Dwustronna ulica, trzy pasy ruchy w każdą stronę. Po lewej mrowie aut po horyzont. Prawica pusta jak w westernach. Na skrzyżowaniu policjant nerwowo steruje ruchem i kieruje wszystkich na objazd. Ale co się stało, pyta zdezorientowany gapowicz?
Malują pasy. Po prostu. W środku dnia,w piątek, w samiutkim centrum miasta. Idzie im to wolno,a w zasadzie maszynie co jest takim większym mazakiem z kółkiem co by linie prosto wyszły. I muszę przyznać technika staje na wysokości zadania. Wszystkie pasy równe, odstępy też, ciekawe tylko czy nagle zacznie ktoś ich przestrzegać.
Scenka weekendowa
Rodziny obładowane jedzeniem, lodówkami i siatami z bliżej nieograniczoną acz liczną zawartością wolnym krokiem tabunem, gęsiego lub hierarchią od najmłodszego do babć ciągnących się daleko z tyłu zmierzają ku wodzie/plaży/basenowi/rzece/morzu ( niepotrzebne skreślić). Jak to w Meksyku bywa, jest ich dużo. Często w szeregi Lopezów zaciągają się sąsiedzi, znajomi, kochanki i niechciane czworonogi, wszyscy aspirujący do miana wielkiej wspólnej familii. Dla mnie, Polaczka, z przeciętnie licznej lub raczej ubogiej w rodzeństwo rodziny, do tego jedynaka taki widok przypomina istną inwazję. Nieszkodliwą i zazwyczaj wesołą,ale jednak jak najazd do najazd. I tak najlepsze jest jak następuje odjazd i gromadka 16stu osób ładuję się na pick-up’a hehe. Ale do rzeczy. Po napełnieniu żołądków i uprzednim zajęciu kilku hektarów terenu pod plażowanie, nachodzi czas na moczenie. Pomijam aspekty związane z bawieniem kilkulatków. Ród będzie się chlapał bo pomimo 9903 kilometrów meksykańskich plaż , mistyczną umiejętność pływania posiadają nieliczni. Jak pomyśleli tak zrobili i po chwili wszyscy siedzą sobie zadowoleni w wodzie. Siedzą tak sobie w swoich koszulkach, dzinsowych spodenkach i mniemam,że w majtkach bo w odróżnieniu od biustonoszów te czasem trudno dostrzec. Czasem bywa,że dzięki życzliwej pomocy bractwa są w wodzie w długich spodniach i obuwiu, jednak tutaj muszę się bić w pierś bo te zawsze już zdejmują.
środa, 16 maja 2012
Najgorszy miesiąc roku..
...okazał się wcale nie taki okropny. Dzieje się tak głównie za sprawą deszczu, który każdego dnia czai się tuż za otaczającymi Tuxtlę górkami. Trochę mu nie śpieszno,ale z drugiej strony w zeszłym roku o tej samej porze był gdzieś w okolicach....Aruby (nie, nie wymądrzam się, znalazłem coś nieznanego i daleko, i już O!:).
Słońce czasem walczy ze zbitymi chmurzyskami i generalnie przegrywa,ale nikt za bardzo z tego powodu nie ubolewa. Wczoraj w nocy nawet lało,a w pokoju temperatura spadła do przyjemnych 26 stopni. Dziś natomiast zbierało się, tłamsiło i przepychało na niebie,ale jakoś nic z tych manewrów nie wyszło bo najwidoczniej czas prawdziwych zlew jeszcze nie nastał.
Jest chłodniej, coś jeszcze?
Oprócz tego,że żyć się chce i szybciej zasypia to dobrą nawiną na horyzoncie będzie praca od poniedziałku i to w dwóch szkołach! Yiiihaaa! Tak naprawdę to razem wyjdzie ledwo pół etatu i dalej czasu będę miał co niemiara,ale postęp jest. Innymi słowami, pozytywne, pozytywne myślenie:)
Ku rozpaczy rodzicielki mej rodzicielki;) wszystkie znaki w niedziałającym telewizorze i wyłączonej mikrofalówce wskazują na to,że zabawię tu na dłużej. Tak to czasem w życiu bywa,że niesie człowieka gdzieś hen hen i potem nieprędko mu wracać. Decyzja o powrocie do Meksyku okazała się jedną z trafniejszych,a już na pewno jedną z fundamentalnych mojego krótkiego żywota. Wiem, jestem tu raptem moment. Czy będę tak samo uważał za parę miesięcy, rok, pięć? A żebym to ja tylko wiedział...Lepiej nie. Jestem szczęśliwy,a to kwestia kluczowa. Ehhh..:)
Słońce czasem walczy ze zbitymi chmurzyskami i generalnie przegrywa,ale nikt za bardzo z tego powodu nie ubolewa. Wczoraj w nocy nawet lało,a w pokoju temperatura spadła do przyjemnych 26 stopni. Dziś natomiast zbierało się, tłamsiło i przepychało na niebie,ale jakoś nic z tych manewrów nie wyszło bo najwidoczniej czas prawdziwych zlew jeszcze nie nastał.
Jest chłodniej, coś jeszcze?
Oprócz tego,że żyć się chce i szybciej zasypia to dobrą nawiną na horyzoncie będzie praca od poniedziałku i to w dwóch szkołach! Yiiihaaa! Tak naprawdę to razem wyjdzie ledwo pół etatu i dalej czasu będę miał co niemiara,ale postęp jest. Innymi słowami, pozytywne, pozytywne myślenie:)
Ku rozpaczy rodzicielki mej rodzicielki;) wszystkie znaki w niedziałającym telewizorze i wyłączonej mikrofalówce wskazują na to,że zabawię tu na dłużej. Tak to czasem w życiu bywa,że niesie człowieka gdzieś hen hen i potem nieprędko mu wracać. Decyzja o powrocie do Meksyku okazała się jedną z trafniejszych,a już na pewno jedną z fundamentalnych mojego krótkiego żywota. Wiem, jestem tu raptem moment. Czy będę tak samo uważał za parę miesięcy, rok, pięć? A żebym to ja tylko wiedział...Lepiej nie. Jestem szczęśliwy,a to kwestia kluczowa. Ehhh..:)
piątek, 11 maja 2012
Boca del Cielo
Miało być tak: palmy, plaża, błękitna laguna, białe grzbiety fal, huki ogrom oceanu. I tak było, no dobra, oszukuałem nieco, laguna miała kolor ciemnozielony a nie niebieskawy. Tak to sobie wszystko wyobrażałem i faktycznie tak tam jest. Do tego należy dorzucić strzeliste wierzchołki gór tuż za linią lądu, ciszę, spokój i dużą porcję ośmiornicy. Odkąd przebywałem w Chiapas,zawsze chciałem tam pojechać i mimo,że byłem w oddalonym o raptem dwadzieścia minut drogi samochodem Puerto Arista to nie udało mi się do Boca del Celo dotrzeć.
Planowo miałem już tam pojechać w zeszłym tygodniu,ale przeprowadzka do nowego mieszkania nieco pokrzyżowała plany. Bądź co bądź kluczowa kwestia więc o marudzeniu nie było mowy. Zamiast wody był San Cristobal de las Casas i góry,a ocean przełożyliśmy na następny termin. Padło na końcówkę długiego weekendu majowego,który w Meksyku nie zobowiązuje;P. Jakieś 170km, 2h drogi ( dzięki autostradom) i wyjątkowo irytujące ostatnie 15km dzięki topes czyli spowalniaczom-wyrwiośkom uformowanym bardziej pionowo niż poziomo. Ostatecznie udało się dotrzeć,a pofatygować się wręcz trzeba bo miejsce warte odwiedzenia.
Nie ma turystów,ani lokalsów bo sezon średnio urlopowy, nie ma tłoku, ścisku i nawet śmieci nie widać. Jest bardzo ładno, jeśli nie powiedzieć ślicznie. Wprawdzie plaże Morza Karaibskiego na Jukatanie to zupełnia inna kategoria to jednak tutaj również jest świetnie,a nawet bym rzekł wyjątkowo. Głównie za sprawą owej laguny czy też cypla odgradzającego ląd do oceanu, tworząc spokojną , ciepłą i płytką zatokę, z której rozpościera się widok na palmiasty i zielony brzeg, cabanas czyli chatki letniskowe, no i kilka odosobnionych szczytów gór. Jak komuś brak wrażen, sto metrów w drugą stroną czekają nieznudzenie dudniące fale, nieco chłodniejsza woda i nieograniczona przestrzeń. Meksykańscy znajomi nie byly tak zaoferowani jak ja,ale po pierwsze już to wszystko widzieli wcześniej,a druga sprawa,że dla nich chlapanie w wodzie przegrywa z cieniem i siedzieniem przy stole z piwem w jednej ręce i tortillą w drugiej. Mówię to bez żadnej złośliwości, po prostu uwidoczniły się różnicę w postrzeganiu tego co atrakcyjne a co nie. Najistotniejsze jest to,że każdemu się podobało i wyjazd się udał. Szkoda tylko,że nie nocowaliśmy w jednym z domków przy plaży,a wybrano absurdalnie drogi hotel w sąsiedniej mieścinie Puerto Arista. Jako,że ja nie organizowałem cały wyjazd i nie chciałem nic komplikować przystałem na ogólne warunki, lecz na przyszłość mam zamiar mocno promować Boca del Cielo i mniejsze koszty,a więcej osób powinno się skusić.
A było tak:
To juz Puerto Arista,ale klimaty zbliżone
Planowo miałem już tam pojechać w zeszłym tygodniu,ale przeprowadzka do nowego mieszkania nieco pokrzyżowała plany. Bądź co bądź kluczowa kwestia więc o marudzeniu nie było mowy. Zamiast wody był San Cristobal de las Casas i góry,a ocean przełożyliśmy na następny termin. Padło na końcówkę długiego weekendu majowego,który w Meksyku nie zobowiązuje;P. Jakieś 170km, 2h drogi ( dzięki autostradom) i wyjątkowo irytujące ostatnie 15km dzięki topes czyli spowalniaczom-wyrwiośkom uformowanym bardziej pionowo niż poziomo. Ostatecznie udało się dotrzeć,a pofatygować się wręcz trzeba bo miejsce warte odwiedzenia.
Nie ma turystów,ani lokalsów bo sezon średnio urlopowy, nie ma tłoku, ścisku i nawet śmieci nie widać. Jest bardzo ładno, jeśli nie powiedzieć ślicznie. Wprawdzie plaże Morza Karaibskiego na Jukatanie to zupełnia inna kategoria to jednak tutaj również jest świetnie,a nawet bym rzekł wyjątkowo. Głównie za sprawą owej laguny czy też cypla odgradzającego ląd do oceanu, tworząc spokojną , ciepłą i płytką zatokę, z której rozpościera się widok na palmiasty i zielony brzeg, cabanas czyli chatki letniskowe, no i kilka odosobnionych szczytów gór. Jak komuś brak wrażen, sto metrów w drugą stroną czekają nieznudzenie dudniące fale, nieco chłodniejsza woda i nieograniczona przestrzeń. Meksykańscy znajomi nie byly tak zaoferowani jak ja,ale po pierwsze już to wszystko widzieli wcześniej,a druga sprawa,że dla nich chlapanie w wodzie przegrywa z cieniem i siedzieniem przy stole z piwem w jednej ręce i tortillą w drugiej. Mówię to bez żadnej złośliwości, po prostu uwidoczniły się różnicę w postrzeganiu tego co atrakcyjne a co nie. Najistotniejsze jest to,że każdemu się podobało i wyjazd się udał. Szkoda tylko,że nie nocowaliśmy w jednym z domków przy plaży,a wybrano absurdalnie drogi hotel w sąsiedniej mieścinie Puerto Arista. Jako,że ja nie organizowałem cały wyjazd i nie chciałem nic komplikować przystałem na ogólne warunki, lecz na przyszłość mam zamiar mocno promować Boca del Cielo i mniejsze koszty,a więcej osób powinno się skusić.
A było tak:
To juz Puerto Arista,ale klimaty zbliżone
Subskrybuj:
Posty (Atom)







